poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 48: "Finał"

-Walka za chwile się zacznie – oznajmia mi Luke. Uśmiecham się słabo w odpowiedzi.
-Nie bój się – dodaje.
-Nie poprawia mi to humoru, ale dzięki.
-Staram się jak mog…
-Ty jesteś Ruby? – pyta mnie jakaś brunetka.
-Um… Tak.
-Jakiś chłopak na zewnątrz prosił mnie żebym przekazała ci, że na ciebie czeka i musi z tobą pogadać.
-Jak wygląda?
-Wysoki blondyn, koło dwudziestki. – Niall?
-Gdzie dokładnie?
-Trzeba wyjść z budynku i skręcić w lewo, potem znowu w lewo i do takiej uliczki.
-Okej. – zrywam się z miejsca, ale ręka Luke’a nagle oplotła mój nadgarstek zatrzymując mnie na miejscu.
-Chwila! Gdzie się wybierasz?
-Przyjaciel czeka na zewnątrz. Proszę puść mnie – błagam.
-Nie mogę cię spuścić z oka. Harry mnie zabije.
-To chodź ze mną.
-Muszę pilnować tłumu czy nie ma zamieszek.
-Ja z nią pójdę – odezwał się Ren. On mówi?!
-Jasne – mówi mu, poczym przyciąga mnie do siebie i szepta mi na ucho – uważaj na siebie. Nie ufam Ren’owi. To jakiś tępy fagas.
-Będę. – puszcza mnie, a ja z Renem kieruję się na zewnątrz.
Trafiłam do jakiejś ciemnej, ślepej uliczki z jedną słabo świecącą latarnią. Odwracam się chcąc dalej szukać Niall’a, ale przede mną jak z ziemi wyrasta męska postać. Ren stoi na początku uliczki. Jest tu cicho i śmierdzi. Znajduję się sporą odległość od walk, bo nie słyszę krzyków. Pojedynek Harry’ego się już zaczęła.
-Niall?
-Niall’a tu nie ma – prycha.
W słabym świetle widzę, że przypomina mojego przyjaciela, ale tylko sylwetką i kolorem włosów. Wyłania się powoli z cienia. Na twarzy ma dużą bliznę po lewej stronie biegnącą przez brew, oko, aż do kącika ust.
-Kim jesteś? – pytam spanikowana.
-Twoim koszmarem i kolegą Trevor’a.
-Co?!
-Dobrze słyszałaś dziwko! Przyszedłem się z tobą pobawić.
-Ren! – krzyczę. – Ren! Pomocy!
Mężczyzna podchodzi do blondyna i klepie go po plecach.
-Miłej zabawy Sam – uśmiecha się podle i odchodzi.
-Pierdolony zdrajca! – krzyczę.
-O cicho już! – mówi poirytowany Sam.
-Co chcesz mi zrobić?
-Według zlecenia, pobiję – uśmiecha się cwaniacko.
Opieram się o ścianę. Moje ciało całe drży. Sam podchodzi do mnie.
-Zostaw mnie! – krzyczę i popycham go. Koleś sprzedaje mi liścia.
-Zamknij mordę suko! – pocieram bolące miejsce. Dostaję parę mocnych ciosów w brzuch i ramię na co wyję z bólu. Ostatni cios jest w głowę, na co upadam i uderzam nią o betonową podłogę. Po kopnięciu w brzuch tracę przytomność. Krew rozlewa się po ziemi, a Sam odchodzi ze śmiechem dumy z zakończonej roboty.

Luke’s POV:


Rozbrzmiał gong rozpoczynający walkę. Moje ręce bolą mnie już od ciągłego trzymania kciuków, a do tego są mokre od potu. Harry i ten drugi chodzą w kółko czekając na odpowiedni moment. Trevor uderza Harry’ego w ramię, a następnie w brzuch. Mój kolega upada, ale podnosi się z zawrotną prędkością. Robi unik przed kolejnymi dwoma ciosami, a potem sam uderza Higgins’a w brzuch powodując, głośny jęk wydobywający się z jego buzi. Trzyma się za bolące miejsce, a potem podnosi wzrok na Hazzę. Ponownie próbuje uderzyć. Jedyny cios jaki udało mu się zadać było w ramię. Harry’emu chyba nic wielkiego się nie stało, bo dzielnie blokuje kolejne uderzenia. Trevor ponowie wymierza uderzenie w głowę, ale Styles robi szybki unik i przywala mu w szczękę. Przeciwnik upada i trzyma się za obolałe miejsce. Wypluwa krew i wyciera pozostałości ręką. Hazz ponownie uderza trafnie kilka razy. Trevor leży na ziemi i się nie rusza. Sędzia przerywa walkę i pomaga wstać w pół przytomnemu przegranemu. Rozlegają się wiwaty i głośne piski dziewczyn przy scenie.
Harry unosi ręce i krzyczy ze szczęścia. Prowadzący podaje mu puchar z nagrodą pieniężną. Rue jeszcze nie wróciła, boję się, że coś się mogło stać. Widownia była spokojna, rozdzieliłem tylko dwóch facetów przed walką i tyle. Styles schodzi z ringu i podchodzi zaniepokojony do mnie.
-Gdzie Ruby?!
-Poszła spotkać się z kolegą.
-Co kurwa?!
-Przyszła ta dziewczyna – kiwam głową w jej stronę – i powiedziała, że czeka na nią blondyn.
-Ona?! – wrzeszczy wkurwiony – to dziewczyna Trevor’a ty matole!
-Spokojnie poszła z Ren’em.
-I to cię kurwa uspokaja?! Ufam tobie, nie Ren’owi! Dlatego ty tu byłeś! Gdybym mu ufał w pełni zostawiłbym go samego!!!
O kurwa. Harry daje mi puchar.
-Gdzie ona jest?!
-Wyjdź z budynku i dwa razy w lewo. Ja muszę zostać.
-Jak coś się jej stało, nie żyjesz!
Wybiega z budynku zostawiając rękawice i wydziera mi z ręki telefon.


Harry’s POV:

Ruszyłem według wskazówek Luke’a. Tępy chuj! Jak ją mógł puścić samą z Ren’em!
Wchodzę do ciemniej uliczki. Na końcu jej leży moja dziewczyna, cała we krwi. Szybko do niej podbiegam.
-Ruby! – z moich oczu lecą łzy.
-Ruby! – powtarzam – obudź się, błagam! – szarpię lekko jej ramionami. Straciła dużo krwi, szlag! Wyciągam telefon Luke’a i dzwonie po pogotowie. Podaję im ulicę, na której się znajdujemy. Przez czas kiedy oni jadą ja próbuje zatamować krew.
Słyszę wycie syreny. Z samochodu wypadają ratownicy. Podchodzą do nas z łóżkiem na kółkach i kładą na nim Ruby. Wkładają ją do karetki i zamykają tylnie drzwi.
-Muszę z nią jechać! – krzyczę.
-Jest pan z rodziny?
-Nie, ale muszę!
-Bardzo nam przykro, ale nie może pan jechać z nami.
Odjeżdżają szybko na sygnale, zostawiając mnie samego.

-Kurwa! – krzyczę i upadam na ziemię waląc mocno w ziemię.






3 komentarze:

kasia zielonooki pisze...

extra :)

Sky Branks pisze...

Niech tylko Rue nic nie będzie ;<
Rozdział świetny, czekam na nn!
Buźka, @xAgata_Sz .xx

Julia Bilska pisze...

Cudo *.* czekam.na next *.*